01 grudnia 2011
Na początek: dziękuję! Wszystkim, którzy zapisali się do mojej pierwszej losowanej rozdawajki. Nie spodziewałam się zupełnie takiego odzewu.
Przygotowałam sobie 29 ponumerowanych karteczek z imionami, które trafiły do dzbanuszka – jedynej nadającej się rzeczy, którą miałam pod ręką…

Losowanie przeprowadził profesjonalny pomocnik…

… który wylosował zwycięską karteczkę!

I już oficjalnie mogę ogłosić, że świąteczno-zimowy pakiecik, otrzymuje Tina! Gratuluję i mam nadzieję, że się przyda. Czekam na maila z adresem, żebym mogła wysłać paczuszkę.
A na koniec jeszcze raz dziękuję Wam za udział i mam nadzieję, że będziecie czasem do mnie zaglądać.
Kategoria Zupełnie nie na temat | Komentarze 5
11 listopada 2011
Do oddania w dobre ręce mam świąteczno-zimowy pakiecik. I mam ku temu swoje powody. Po pierwsze zbliżają się moje urodziny, po drugie właśnie mijają trzy lata odkąd prowadzę bloga, po trzecie bardzo lubię listopad, a po czwarte przede mną wiele zmian, z których i się cieszę, i trochę się boję.
Zasady są następujące: trzeba się wpisać w komentarzu pod tym postem i zamieścić na swoim blogu (jeśli się posiada) informację lub linka do tego posta. Zabawa potrwa do 30 listopada, a 1 grudnia wylosuję osobę, która otrzyma ode mnie pakiecik (jeśli będzie więcej niż 1 osoba chętna
).
Zapraszam!

Kategoria Zupełnie nie na temat | Komentarze 37
Tagi: rozdaję
29 października 2011
Ostatnie dni były jakieś dziwne, a dziś czuję się jakby nadchodził kres mojej wytrzymałości. I nie wiem jaki to ma związek, ale bardzo chciałam napisać o czymś innym niż zwykle i przy okazji opowiedzieć pewną historię.
Gdy w sklepach zaczęły pojawiać się dynie, zdecydowałam, że kupię jakąś taką niedużą w ramach akcji “jedzmy różne rzeczy, których jeszcze nigdy nie próbowaliśmy”. To taka akcja, w której uczestniczę ja oraz inni domownicy (no chyba, że ktoś ma szczęście wpaść z wizytą w odpowiedniej chwili). Ważąca trzy kilogramy dynia do wczoraj stała na lodówce i nie wzbudzała niczyjego zainteresowania. Gdy ją wydrążałam na mojej nodze wisiał kot, który myśli, że gdy staję z nożem przy blacie, to będą spadać z niego smakowite kąski. Walczyłam dzielnie (i z dynią, i z kotem). Pestki uprażyłam, z miąższu zrobiłam puree, które wykorzystam do słodkich wypieków. Z tego co zostało reszta domowników zrobiła straszny lampion (ku wielkiej radości najmłodszego). I tu zaczyna się najważniejsza część tej historii.
Po pierwsze przypomniałam sobie, że jadłam już dynię – kilka lat temu, razem z dzieckiem, ze słoiczka dla maluchów. Po drugie, mały biały kot oszalał i chciał zjeść całe dyniowe puree. Po trzecie, duży czarny kot oszalał jeszcze bardziej i najadł się dyniowych pestek, o czym dowiedzieliśmy się, gdy winowajca zwymiotował wszystko w takiej postaci, w jakiej zostało połknięte, na środku mieszkania. A po czwarte, może z powodu wilgoci, nasz straszny lampion, strasznie się zestarzał przez noc, ponieważ rano wycięte, ostre zęby zawinęły się do środka, przez co dynia wygląda jak staruszka, która zapomniała gdzie schowała sztuczną szczękę.
To wszystko wydaje się być nieco przerażające i chyba nie tylko ja to odczuwam, bo rano ktoś zsikał się do łóżka (co nigdy się nie zdarza). Winnego nie znalazłam, ale jestem pewna, że ma cztery łapy.
Miłego weekendu!

Kategoria Zupełnie nie na temat | Brak komentarzy